Pełną Piersią

Pełną Piersią
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mleko mamy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mleko mamy. Pokaż wszystkie posty

Mleczna maseczka

wtorek, 23 czerwca 2015


Zadziwiające jest to, że karmienie piersią to dalej underground, ale za to wyższy sfery lubią wypić mleko zamiast energetyka albo... zrobić sobie z niego maseczkę.
Brzmi jak sen szaleńca? Cóż, to prawda.
Salon kosmetyczny Mud Facial Bar w Chicago wprowadził do oferty nową maseczkę o wdzięcznej nazwie "Breathe" (oddech), której bazą jest mleko. Za dopłatą 10$ możecie sobie sprawić oryginalną maseczkę z mleka kobiecego.
News o maseczce obiegł internet i fashionistki rzuciły się na mleko matki jak na darmowe Laboutiny z nowej kolekcji. W sensi rzuciły się masowo, jakby od recenzji maseczki zależało ich życie. I tak na modowo-lifestyleowych stronach pojawiły się dziesiątki opinii na temat maseczki.
Recenzja redaktori Marie Claire zaczyna się tak:
"Zrobiłam sobie maseczkę z kobiecego mleka.
Czytając to, pewnie wyobrażacie sobie mnie leżącą na stole, oblewaną mlekiem prosto z piersi kobiety, która jednocześnie na biodrze kołysze dziecko. Mogę wam powiedzieć, że to tylko częściowo jest prawdą.
Kiedy usłyszałam o maseczce z mleka kobiecego Mud Facial Bar z Chicago, poczułam jednocześnie obrzydzenie i zaciekawienie. Przede wszystkim nasuwało mi się pytanie: po co kłaść *to* na twarz?"
Specjalnie zaznaczyłam *to* jak w oryginale, żebyście sobie spojrzeli. Dla pani redaktor najwyraźniej mleko to dziwactwo. A tak w ogóle to myślę, że ten naród ma dziwne wyobrażenie tego, jak pozyskuje się mleko, skoro ktokolwiek może wpaść na pomysł, że maseczka z mleka = spryskiwanie twarzy świeżym mlekiem prosto z piersi jakiejś obcej kobiety. Bo kiedy robimy sobie np. maskę z mleka koziego, to kładziemy się pod kozą i doimy ją prosto swoją twarz i wtedy jest SPA jakich mało, co nie?
Więc to nie tak. Właścicielka odkupuje mleko od miejscowych honorowych dawczyń, które od dawna związane są z bankiem mleka. Ich pokarm poddawany jest wielu badaniom i jest w pełni bezpieczny. Po prostu zamiast do banku, część mleka ląduje w salonie kosmetycznym.
Przed nałożeniem maseczki, skóra jest dokładnie oczyszczana. Potem mleko miesza się z białą glinką i nakłada się na twarz. Podobno taka kombinacja jest dobra dla każdego rodzaju skóry, wygładza ją, nawilża i odmładza. Co więcej, udowodniono już, że kwas lauronowy zawarty w mleku kobiecym może łagodzoć zmiany skórne takie jak trądzik młodzieńczy.
Mleko matki ma także właściwości przeciwbakteryjne i łagodzące i działa świetnie na zadrapania, drobne rany, wysypki i inne podrażnienia. Wystarczy najpierw oczyścić skórę zwykłą wodą, a potem na podrażnione miejsce nałożyć mleko i zostawić do wyschnięcia.
Mleko może być także używane jako tonik - do oczyszczania i nawilżania. Pokarm kobiecy działa jak naturalny emolient, więc sprawia, że skóra jest gładka i nawilżona. Jeśli stosujemy mleko jako tonik, nakładamy niewielką jego ilość wacikiem na suchą i oczyszczoną skórę. Nie zmywamy, a delikatnie osuszamy skórę ręcznikiem.
A co z maseczką?
Możecie same zafundować sobie taką w domu za kilka złotych. Zadziała jeśli użyjecie samego mleka (nałożone na 10 minut i zmyte) lub wymieszane z glinką. Jeśli jednak kupujecie glinkę, lepiej skonsultujcie się z kosmetyczką lub sprzedawczynią w drogerii, bo nie każda nada się do stosowania z mlekiem.
Będziecie eksperymentować? Ja spróbuję!
Zdjęcia: marieclaire.com, instagram @mudfacialbar

Co my mamy w tym mleku mamy?

sobota, 13 czerwca 2015


Kiedy widzę gdzieś w internecie komentarz typu "mleko matki to już przeżytek, teraz o wiele lepsze są mleka modyfikowane", mam ochotę wydłubać sobie oczy. Wiecie, są takie memy z okrzykami "I don't want to live on this planet anymore" - to właśnie to uczucie. Kiedy więc pani Edyta Malinowska - Pańczyk zgodziła się na naszej konferencji poprowadzić wykład przedstawiający porównanie składu mleka matki i mleka modyfikowanego, ogarnęła mnie wielka radość. Bo czułam, że ten wykład może niektórym otworzyć oczy. I ja sama wiele się nauczyłam, więc postaram się chociaż częścią tej wiedzy z wami podzielić.
Może nie każdy o tym wie, ale mleko modyfikowane (potocznie zwane mieszanką) to sztuczny, sproszkowany pokarm na bazie mleka krowiego, mimo tego, że jest efektem prac laboratoryjnych, nie oznacza to, że jest sterylne - pochodzi jednak z jakiejś linii produkcyjnej w jakiejś fabryce. Co więcej, mleko krowie różni się znacznie od kobiecego, dlatego musi być poddane całemu szeregowi modyfikacji, by wartość energetyczna i skład pokarmu chociaż odrobinę przypominały mleko kobiece. Pokarm kobiecy zaspokaja wszystkie potrzeby odżywcze dziecka w okresie wyłącznego karmienia piersią, a jego skład jest bardzo złożony, okropnie długi i ciągle się zmienia. Pokarm kobiecy jest żywą substancją i dostosowuje się do potrzeb dziecka, różni się w składzie w zależności od czasu jaki minął od porodu, pory dnia i nawet momentu karmienia. Wyróżnia się 3 rodzaje mleka: siarę (pierwszy pokarm pojawiający się w piersiach zazwyczaj w 3 trymestrze ciąży i w pierwszych dobach po porodzie), mleko przejściowe i mleko dojrzałe, które z kolei dzieli się na bardziej wodniste mleko I fazy (zaspokajające pragnienie) i bardziej tłuste mleko II fazy (zaspokajające głód).
Mleko ma też różny skład dla dziecka urodzonego przedwcześnie i dla dziecka urodzonego o czasie. Wartość energetyczna 100 ml pokarmu waha się od ok. 56 kcal do ok. 75 kcal. Większość składników w mleku kobiecym to stałe elementy, na które nie ma wpływu spożywany przez kobietę pokarm, mamom zaleca się jednak zdrową, zróżnicowaną dietę, który uchroni jej organizm przed niedoborem składników odżywczych i mineralnych. Składniki, których ilość nie jest zależna od diety kobiety to m.in. laktoza, białko, wapń, magnez, żelazo, potas, witaminy A, C, D. Składniki dietozależne to np.: tłuszcze, jod, witaminy B6 i B12. Fosfolipidy są głównym budulcem mózgu, dlatego NNKT (niezbędne nienasycone kwasy tłuszczowe) czy jak to piszą producenci LCPUFA (długołańcuchowe wielonienasycone kwasy tłuszczowe) czyli omega 3 i 6 są tak ważne w diecie malucha. Znacie skróty DHA, EPA, ALA (kwasy z grupy omega 3) albo LA, ARA (kwasy z grupu omega 6). Trąbią o nich w reklamach tabletek dla ciężarnych i mleka modyfikowanego. Kwasy omega mają zbawienny wpływ na rozwój mózgu i wzroku, dlatego sztuczne mieszanki faszeruje się laboratoryjnymi kwasami, najczęściej DHA. Organizm niemowlęcia nie ma metabolitów, które są potrzebne do rozkładu tych kwasów, ale za to dostarcza ich mleko mamy. I tu pojawia się pytanie - nawet jeśli te składniki występują w mleku modyfikowanym, to jaka jest ich przyswajalność? Problem mleka modyfikowanego polega nie tylko na tym, że brak w nim składników żywych (komórki macierzyste, enzymy, przeciwciała), ale też składniki martwe, czyli wszystkie dodatki w postaci kwasów tłuszczowych, bakterii Lactobacillus czy Bifidobacterium, immunoskładników (a w mleku modyfikowanym są to zwyczajne syntetyczne witaminy i minerały) są po prostu gorszej jakości. Zresztą to problem nie tylko mleka modyfikowanego, ale też wszystkich suplementów diety, którymi z pasją się faszerujemy, ale za żadne skarby świata nie tykamy owoców. A witaminy z suplementów to tylko uzyskane sztucznie substancje, które właściwościami odpowiadają naturalnym witaminom.
Jest jeszcze jedna kwestia: bakterie. Do niedawna uważano, że mleko mamy jest jałowe, ale teraz wiemy już, że jest bogate w bakterie i jest źródłem komensalnej i probiotycznej flory u niemowlęcia. W mleku kobiecym można znaleźć następujące bakterie: Lactobacillus, Lactoccocus, Leuconostoc, Bifidobacterium (znane nam jako "dobre" bakterie) oraz Streptococcus, Enterococcus i Staphylococcus (patogeny). Co ciekawe, te "złe" bakterie, mimo że są w mleku, nie stanowią zagrożenia dla malucha, bo są naturalnymi składnikami.
Co jeszcze? Mleko mamy ma grubo ponad 400 znanych nam składników, podczas gdy skład mleka modyfikowanego sięga ok. 50 pozycji. Różna jest też jakość i ilość poszczególnych składników.
Dla przykładu:
Laktoferyna (białko o właściwościach przeciwbakteryjnych) w mleku mamy występuje w ilości 2 g/l a w mieszance 0,1 g/l; oligosacharydów w mleku mamy jest 7 g/l, a w mieszance 0,1 g/l, kwasów tłuszczowych w mleku mamy jest 5,1 g/l a w mieszance 1,1 g/l, z kolei mleko mamy nie zawiera beta-laktoglobuliny (przyczyny alergii), której w mieszance jest 3,1 g/l, w mleku mamy znajdziemy 2,8 g/l soli mineralnych, a w mieszance jest ich aż 11,9 g/l (nadmiar soli mineralnych obciąża nerki) w mleku mamy stężenie białek kazeinowych to 4,5 g/l, a w mieszance 26,4 g/l. Przez taką ilość białek, kupka dzieci karmionych sztucznie ma bardziej twarożkową konsystencję, a nadmiar białek może odkładać się w jelitach.
Mleko modyfikowane jest pokarmem wystarczającym dla tych maluchów, które z różnych przyczyn nie mogą być karmione piersią, jednak nadal jest dalekie ideałowi jakim jest mleko kobiece. Poza tym to właśnie mleko mamy jest tak wygodne, że nie wymaga wyparzania, gotowania, podgrzewania i mieszania, a mamina pierś jest najmilszym "podajnikiem" pokarmu. Tylko mleko mamy zapewnia ochronę przed czynnikami chorobotwórczymi - pokrywa jelita warstwą ochronną, a nawet jedna "niewinna" butelka sztucznej mieszanki zaburza tę jelitową mikroflorę i wpływa na odporność. Pokarm kobiecy to prawdziwy cud natury, którego nie odtworzy żadne laboratorium.

Alicja Janosz o karmieniu piersią

wtorek, 10 lutego 2015

"To, że będę karmić moje dziecko piersią było dla mnie oczywistym faktem jeszcze nim zaszłam w ciążę. Wyobrażałam sobie, że to będzie nie tylko wspaniałe doświadczanie fizycznej bliskości z moim maleństwem, ale również wejście w jakiś magiczny krąg stuprocentowej kobiecości, jakiej doświadczają tylko te kobiety, które zostają matkami. Gdy zaszłam w ciążę, zaczęłam poznawać historie na temat karmienia piersią, stanowczo odbiegające od mojego wyobrażenia. Tylko dwie z bliskich mi kobiet opowiadały z błyskiem w oku o karmieniu piersią jako o czymś wspaniałym i wyjątkowym, do czego bardzo tęsknią. Szybko okazało się, że reszta kobiet rezygnowała z karmienia. Dlaczego? Część z nich odczuwała ból, spowodowany nieprawidłowym przystawianiem dziecka do piersi. Część zmagała się z poranionymi sutkami (co było często efektem zupełnie niepotrzebnych i zapewne zbyt intensywnych prób odciągania siary laktatorem). Inne straciły pokarm, ponieważ ich dzieci od samego początku były dokarmiane mlekiem modyfikowanym. Wiele z nich jednak twierdziło, że nie miały wystarczającej ilości pokarmu, albo że ich dzieci nie potrafiły ssać piersi. Gdyby to faktycznie miało być takim wyczynem, przypuszczam, że ludzkość dawno by już wyginęła. Żadna z tych informacji nie spowodowała we mnie zmiany nastawienia do karmienia, ale historie te bez wątpienia spowodowały, że karmienie piersią, mimo mojego racjonalnego nastawienia, przestało mi się jawić jako coś oczywistego, naturalnego i intuicyjnie łatwego, a zaczęło urastać do rangi wyczynu czy problemu, z którym przyjdzie mi się zmierzyć. Gdy urodził się mój syn, już po kilkunastu minutach był przy mojej piersi. Wiedziałam, że przez pierwsze dwie doby maleństwo straci na wadze, a odrobina siary, jaką otrzyma, w zupełności mu wystarczy i będzie dla niego najlepszą, naturalną szczepionką. Jednak gdy już drugiego dnia synek dostał w szpitalu sztuczne mleko, a trzeciego dnia pani położna oznajmiła mi, że dziecko zbyt mocno traci na wadze, gdy nie dokarmiam go mlekiem modyfikowanym (bo zdenerwowałam się, gdy się dowiedziałam, że małego dokarmiano sztucznym mlekiem) byłam przerażona. Nie chciałam zrobić mojemu Okruszkowi krzywdy, a przecież nie widziałam, czy ssąc pierś, cokolwiek wypija i czy to mu wystarcza... W nocy, w trzecią dobę po urodzeniu Tymka, miałam kryzys. Fizycznie i psychicznie byłam wykończona. Ale zaparłam się, że "uruchomię" swoją laktację i co 3h próbowałam odciągać pokarm laktatorem. Tym mozolnie odciąganym mlekiem karmiłam syna przed podaniem mu mieszanki. Gdy zwracał całe moje mleczko, chciało mi się płakać. Teraz wiem, że najlepsze w celu pobudzenia laktacji jest przystawianie do piersi dziecka, a nie laktatora, jak dobry by nie był. Gdy czwartego dnia po urodzeniu synka wróciliśmy do domu, wstawiłam wzięte ze szpitala buteleczki mleka modyfikowanego do lodówki, a sama zaczęłam przystawiać Małego do piersi co 2-3h. Bardzo pomógł mi w tym mąż, który wstawał w nocy za każdym razem gdy trzeba było, kiedy ja jeszcze byłam w kiepskiej formie po operacji. Następnego ranka miałam nawał pokarmu, a z moich piersi mleko zaczęło lać się strumieniami. W zaledwie jeden weekend Tymuś przybrał na wadze tyle, ile wynosi minimum tygodniowe dla noworodka.
Trwało to kilka tygodni zanim wszystko się unormowało. Nadmiar mleka zaczęłam 'wyciskać' ręcznie, (jak poleciły mi rewelacyjne mamy z zaprzyjaźnionej grupy na Facebooku) i mrozić.
Na początku przystawianie małego do piersi nie było dla mnie łatwizną, bo nie wiedziałam jak się wygodnie ułożyć i jak trzymać Tymeczka. Karmienie trwało też znacznie dłużej niż teraz, gdy Maluch ma już prawie 4 miesiące i wystarczy kilka minut, żeby się najadł.Mamy w sypialni wygodne krzesło z poduszką pod moje plecy i z drugą poduchą, na której opieram swoją rękę i Maluszka. Ta poducha, oparta o odpowiedni podłokietnik, przydaje mi się również jako oznaczenie, z której piersi mam karmić dziecko po kolejnym przebudzeniu, bo monotonia karmienia i zmęczenie powodują, że nieraz można się już w tym pogubić.Dzisiaj jestem przeszczęśliwa, że mój syn jest na piersi. Jest pulchniutkim i zdrowym bobasem, który po porannym karmieniu, uśmiecha się do mnie najpiękniejszym uśmiechem świata, trzymając jeszcze sutek między wargami. Ten widok wynagradza wszystko... A pomijając aspekt zdrowotny płynący z karmienia piersią i dla synka i dla mnie, to karmienie jest wielką wygodą i przyjemnością. Mam nadzieję karmić Tymka jak najdłużej.
Z całego serca trzymam kciuki za Ciebie, droga mamo-debiutantko. Zaufaj intuicji i bądź spokojna. Wszystko będzie dobrze, a morze miłości i mleka z pewnością wnet popłynie... :)"
                                                                                                                    - Alicja Janosz


Źródło: akcja społeczna Zielone Porodówki: facebook.com/zieloneporodowki


Nastoletnia mama przesyła mleko córeczce oddanej do adopcji

niedziela, 8 lutego 2015

Kaleena Pysher, 19 latka z Anchorage na Alasce, w listopadzie ubiegłego roku urodziła córeczkę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo mnóstwo nastolatek ma dzieci, a 19 lat to nie aż tak mało, ale Kaleena zdecydowała się na karmienie swoim mlekiem mimo zaaranżowanej już adopcji.



19latka podjęła decyzję o adopcji jeszcze przed porodem. Zaszła w ciążę, kiedy miała 18 lat i dopiero za kilka miesięcy miała skończyć liceum, dostała stypendium na pobliskim uniwersytecie i miała zostać higienistką stomatologiczną. Mieszkała z ojcem i macochą, a realia nastoletniego macierzyństwa znała bardzo dobrze - jej siostra urodziła dziecko w wieku 14 lat. Była pewna, że brak jej życiowego doświadczenia, by wychować dziecko, więc zaczęła szukać dla niego odpowiedniej rodziny. W ośrodku adopcyjnym dowiedziała się, że rozmowy z potencjalnymi rodzicami adopcyjnymi można rozpocząć nie prędzej niż w 7. miesiącu ciąży, a te kilka miesięcy na podjęcie tak ważnej decyzji to dla Kaleeny było zbyt mało, więc kiedy dowiedziała się, że zaprzyjaźniona jej rodzinie kobieta (która zresztą kiedyś była jej nianią) wraz z partnerem chce adoptować dziecko - wybór był oczywisty. Zdecydowali się na otwarta adopcję, by biologiczna mama mogła aktywnie brać udział w życiu swojej córeczki. A na jednym ze spotkań edukacyjnych z położną, gdy Kaleena dowiedziała się, jak wiele korzyści dla układu odpornościowego i mózgu dziecka niesie pokarm mamy, od razu wiedziała, że musi karmić.

Rodzice adopcyjni kupili jej dobry laktator i zaoferowali, że pokryją koszty transportu pokarmu do stanu, w którym mieszkali. Dziewczyna chciała za wszelką cenę rozkręcić laktację i nawet, kiedy miała bolesne i popękane brodawki, intensywnie odciągała pokarm. Używała laktatora co 2 godziny przez całą dobę, każda sesja trwała ok. 20 minut, a Kaleena była w stanie odciągnąć nawet po 180 ml z każdej piersi. Cały pokarm pakowała, oznaczała naklejką "Świeże owoce morza - przechowywać w chłodnym miejscu" i wysyłała swojej córeczce. Teraz, po ponad dwóch miesiącach, Kaleena rezygnuje z odciągania pokarmu. Nie jest to dla niej łatwe, bo czuje, że dziewczynka i jej nowi rodzice przestaną jej potrzebować, jednak ci zapewniają, że Kaleena jest dla nich teraz rodziną i zawsze będzie mogła utrzymywać kontakt z córką.


Kaleena pragnie, by jej dziecko miało w życiu wszystko to, co najlepsze. Dlatego zdecydowała się na adopcję, na tę konkretną rodzinę, która da jej miłość, szczęśliwe dzieciństwo i zapewni dobre warunki materialne i edukację, a także na karmienie swoim cennym pokarmem. "Nie powiem, że jest łatwo, bo tak nie jest, ale robię to wszystko z miłości"-powiedziała w wywiadzie.

Źródło:
http://www.adn.com/article/20150131/stronger-love-anchorage-teenager-gives-breast-milk-baby-she-gave-adoption
http://www.today.com/parents/teen-mom-sends-breast-milk-baby-she-gave-adoption-2D80476490
http://www.dailymail.co.uk/news/article-2944001/I-didn-t-want-selfish-Teenage-mother-pumps-sends-breast-milk-baby-daughter-gave-adoption.html

Zapuszkowany świat

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Karmienie piersią to optymalny sposób żywienia niemowląt i małych dzieci.
To już utarty slogan. Utarty na tyle, że wdrukował się w nasze umysły, choć częściowo jest to "zasługą" puszki. To slogan dobrze nam wszystkim znany.I wywołujący dreszcze. Jest tak wytarty, ale dalej działa jak drapiący sweter, choćby był nie wiem jak wynoszony i tak drapie, uwiera i pozbawia nas wszelkiego komfortu. Ja też z tym sloganem czuję się jakbym założyła drapiący golf ze zbyt krótkimi rękawami. I wiem, że z nim jest coś nie tak...
Dlaczego?
Bo karmienie piersią nie powinno wymagać reklamy. Reklama nie jest mile widziana. Jest traktowana jak ingerencja w czyjeś indywidualne decyzje. Jak terror. Jak narzucanie, nagabywanie i inne takie.
Karmienie piersią jest naturalnym i normalnym żywieniem niemowląt i małych dzieci.
I to, że piękna telewizyjna reklama (o wiele lepsza niż reklama z ust położnej - "terrorystki") ustala inne normy, nie zmienia ani granic normalności, ani tego, że to, co sztuczne, nigdy nie będzie prawdziwe. Mimo tego, że mówią, że już 30 lat ślęczą w laboratoriach i próbują jak się da.
Czytałam dziś poradnik, który moje miasto wydało dla młodych rodziców. I jestem szczęśliwa i dumna z mojego miasta i żywię ogromną nadzieję, że będą pierwszym takim miastem i nie będą się bali wydać i poradnika o karmieniu piersią. I że nie będą się bali plakatów. Bo jest czego się bać, poczucie winy i złość matek to ogromna siła. Ale czytałam ten poradnik i bardzo mi się spodobał, tylko zastanowiło mnie dlaczego rozdział o wpływie karmienia na rozwój mowy jest taki a nie inny. Rozdział jest krótki, ma 3 strony, z czego pół o karmieniu piersią, a reszta o wyborze smoczka. Nie mogę mieć pretensji do autorki, bo w zasadzie to tekst bardzo potrzebny. Jakby tego nie napisała, to dalej karmiliby butelką, ale z byle jakim smoczkiem. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że choćbyśmy byli nie wiem jak za karmieniem naturalnym, to tak bardzo liczymy się z karmieniem sztucznym, jakby jego święty patron ciągle wisiał nam nad ramieniem i patrzył nam na ręce. Rzeczywistość wymogła na nas takie stanowisko, że już nie jesteśmy tym, co NORMALNE, ale tym, co LEPSZE. A za tą lepszość inni nas nienawidzą. Chociaż wcale (wbrew temu, co narzuca logika) nie sugeruje ona czyjejś gorszości.
Czasami w tej promocji karmienia naturalnego czuję się jak wyznaniowy domokrążca (mimo że nie pcham się ludziom z butami w ich życia nieproszona). Mówi się, że piersią jest lepiej, a dalej standardem dla wszystkich jest butelka. Ja rozumiem, że tu chodzi o pozytywny przekaz, bo taki jest lepszy niż straszenie wadą wymowy, cukrzycą, otyłością itd. Chociaż każde to zagrożenie jest faktem. Matki karmiące okrzyknięto sektą i terrorystami. I ja przyznaję, że wiem, o co chodzi. Miałam taki etap, że musiałam dokarmiać i wtedy wyraźniej niż teraz widziałam te kąśliwe komentarze, tendencyjne akapity. Wiem, że terror jest, i są też piersiowi sekciarze. Nie potrafią psychologicznie rozważyć swojej wypowiedzi i rzucają cytaty i oskarżenia. Albo i nawet myślą, że piszą neutralnie, ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i każdy między wierszami może zrozumieć coś innego. I w ten sposób jednocześnie ta promocja jest zbyt nachalnym i radykalnym terroryzmem, a z drugiej strony nie zapewnia wystarczającej wiedzy i wsparcia i nigdzie nie trafia.
Jestem w takim niezręcznym położeniu: moja mama i teściowa są wyspecjalizowane medycznie, mój tata z żoną wychowuje 1,5 rocznego malucha, moi znajomi są na innym etapie życia niż ja.W ten sposób rodzina wie, ile powinnam karmić i jak, a ze znajomych zostało niewiele, bo w większości (niezależnie od płci) mają odmienne pojmowanie funkcjonalności kobiecych piersi. Ludzie mają swoje kredyty, rozstania, zepsute samochody, imprezy, awanse i kolokwia i nie mieści im się w głowach, że mleko z piersi może mieć jakieś realne znaczenie dla kogokolwiek.
To niezrozumienie, brak świadomości i pojmowanie karmienia naturalnego jako nic nie znaczącej błahostki - to naprawdę krzywdzące. Nie tyle dla matek, są dorosłe i jakoś to przeżyją, ale dla dzieci.
Wszyscy mi mówią, że jak będzie promocja karmienia naturalnego, to ubezwłasnowolni się kobiety i odbierze się im prawo świadomego wyboru. Tylko co to za świadomość z reklamy? Czytacie etykiety,kupujecie puchy z DHA, L-Bifidus, witaminami i to jest świadomość? Jeśli ktoś codziennie żywiłby się wyłącznie w McDonaldzie, ale czytałby "etykietki" to też powiedzielibyście, że jest świadomym konsumentem? Czy raczej, że nieświadomie naraża się na ryzyko dla zdrowia i życia? Nie potrafię zrozumieć, jak jednocześnie ludzie dbający o jakość nawet kocyków i ubranek, o skład witamin w kroplach i własną dietę i aktywność, zaniedbują najprostszy sposób do zdrowia.A to jest i zdrowe, i ekologiczne, i ekonomiczne. Jeśli na liście Waszych życiowych spraw pojawia się dziecko, to najważniejszą kwestią do rozważenia jest jego sposób żywienia. Bo niestety wcale nie jest to takie oczywiste.

Dla porównania - niepełna "etykietka"maminego mleka

Przegląd laktatorów cz. 1 - laktatory ręczne

piątek, 14 listopada 2014

Laktator - pozycja gdzieś na końcu porodowej wyprawki. Po co? Komu? Jaki? To trudne pytania, na które ciężarna NIE musi znać odpowiedzi. Laktator możesz kupić z różnych powodów:
- wskazania medyczne
- separacja od dziecka
- powrót do pracy i kontynuacja karmienia
- nawał
- zastój
- zbyt mała ilość pokarmu
i tak dalej... W tych sytuacjach możesz, ale nie musisz, sięgnąć po laktator. Zawsze masz opcję, by odciągać pokarm ręcznie, a to często jest bardzo wygodne i skuteczne. Laktator kupuj tylko jeśli chcesz, jeżeli spotka Cię któraś z powyższych sytuacji - dobierz do niej odpowiedni laktator.

Laktatory ręczne to najczęstszy wybór przyszłych i młodych mam. Są dosyć uniwersalne i stosunkowo tanie, a do tego lekkie i nieduże. Laktatora ręcznego można używać zawsze o ile jest to wygodne dla mamy - przy nawale, kiedy brodawki bolą za bardzo, by karmić bezpośrednio z piersi, przy rozbudzaniu laktacji. Są bardziej delikatne i mają mniejszą siłę ssania niż laktatory elektryczne, no i oczywiście angażują do pracy nasze ręce (a chociaż jedną).
Laktatory ręczne najlepiej sprawdzają się, kiedy są używane przez krótki okres czasu lub sporadycznie (1 raz dziennie lub rzadziej) - ze względu na wygodę. Są ciche i kompaktowe, zazwyczaj łatwe w obsłudze, proste w montażu i myciu. Zazwyczaj.
Laktatory ręczne (lub manualne) dzielą się na następujące rodzaje:
1) gruszkowe - typ istniejący na rynku od lat, jedne z najtańszych modeli, ale też często (choć nie zawsze!) niesprawdzające się z powodu małej siły ssania - mała pompka jak w flakoniku perfum nie jest w stanie wytworzyć bardzo dużego podciśnienia; zajmują obie ręce. Obecnie NIE poleca się ich ze względu na ich nieefektywność i problemy higieniczne.

2) tłokowe - tzw. "strzykawki", działają na zasadzie: odciągnij - przyciągnij, są proste w obsłudze, ale czasem lekko nieporęczne; zajmują obie ręce, a ich używanie jest dosyć męczące.


3) ściskacz - działa na zasadzie przyrządu do ćwiczenia dłoni - przyciągasz i puszczasz, uchwyt z lejkiem jest połączony drenem lub tłokiem.


4) z rączką - model wygodny, umożliwia odciąganie dwufazowe (naśladujące naturalny rytm ssania dziecka), da się odciągać jedną ręką.


UWAGA! Wiele firm chwali się faktem, że ich laktator ręczny da się obsługiwać jedną ręką, czy nawet jednym palcem. Da się, to niewątpliwa zaleta, ale zasadniczo do odciągania powinno się angażować obie ręce: jedną obsługujemy rączkę/ tłok/ pompkę, zaś drugą obejmujemy lejek przyłożony do piersi. Trzymanie i pompowanie tą samą ręką często prowadzi do zmiany pozycji lejka, przez co:
a) odciąganie może być mniej skuteczne
b) możesz wciskać brzeg lejka w pierś i przez to pierś będzie bolesna, w skrajnych wypadkach zdarzają się zastoje.
Jeśli decydujesz się na model manualny z rączką, przyjrzyj jej się dobrze - warto zwrócić uwagę na łączenie z pozostałymi częściami laktatora, kształt i "opór" w dociskaniu rączki, kiedy wytwarza się podciśnienie. Niektóre modele pracują cicho i sprawnie, inne wymagają większego wysiłku i 'stukają' o butelkę, kiedy rączkę popchnie się za daleko. W takich modelach fajne jest to, że masz możliwość odciągania dwufazowego - taką opcję producent oznacza na opakowaniu.
Pamiętaj o tym, że każda mama jest inna i ma indywidualne potrzeby. Właśnie dlatego polecam, byście orientowały się w markach i modelach i wybrały potencjalnych ulubieńców, ale zakupu najlepiej dokonać po porodzie, jeśli laktator okaże się potrzebny (bo nie zawsze się przydaje).
Laktator to sprzęt użytku osobistego i raz użyty nie może być zwrócony do sklepu. Przemyśl zakup, by nie dokupować kolejnych modeli, nie zagracać domu i nie odchudzać portfela.
W najbliższym czasie wstawię dla Was krótki test, który pomoże Wam wybrać model (ale nie markę) laktatora. Pamiętajcie, że nie ma uniwersalnego laktatora idealnego i dla każdej z Was idealny może być zupełnie inny laktator.
Przed porodem dowiedz się, czy w Twoim szpitalu udostępniane są (do użytku w szpitalu lub wypożyczenia) profesjonalne laktatory szpitalne. Niektóre modele ręczne i elektryczne są z nimi kompatybilne i możesz stosować je osobno lub ze szpitalnym silnikiem. Jeśli szpital udostępnia laktatory, zapytaj o zestawy/ końcówki osobiste. Czasem dostępne są za darmo, a czasem musisz dokupić swój zestaw, którego możesz później używać też w domu.
Możesz dobrać laktator do swojego problemu, by jak najlepiej odpowiadał na swoje potrzeby. A ja mogę Ci w tym pomóc :) Pamiętaj jednak, by wierzyć w siebie, karmienie nie zawsze wymaga wsparcia. A wiesz, co tak naprawdę jest Ci ABSOLUTNIE potrzebne do karmienia? Tylko Twoja mleczna pierś i dziecko.
Na pytania odpowiadam na:
fb.com/groups/pelnapiersia
A już wkrótce na blogu:
Gadżety laktacyjne c.d., odpowiedni rozmiar lejka, prawidłowe odciąganie i wiele innych :)